wtorek, 3 czerwca 2014

Iwostin Purritin Rehydrin - krem prawie idealny.

Długo szukałam kremu, który by mi odpowiadał. Patrzyłam na półki drogeryjne, oraz na półki apteczne. Zastanawiałam się, macałam, czytałam, testowałam...I trafiłam. :)
Na początku dodam, że moja cera jest dość wymagająca. Mieszana z przesuszonymi policzkami i bardzo tłustą strefą T. Jednak niestety to też wszystko zależy od dnia, bo się to drastycznie zmienia raz wygląda uroczo cały dzień, nie świecę się poliki nie mają suchych skórek i ogólnie cud malina. A następnego dnia policzki mam ściągnięte, a strefa T szaleje i produkuje nieznośne ilości sebum. Jak tu żyć?!
Kremu szukałam takiego, co się dobrze wchłania, a przy tym czuć to nawilżenie na buzi. Nie znoszę czuć dodatkowej warstwy na twarzy, czuję się wtedy jakbym była brudna. Z niektórymi kremami miałam nawet tak, że po jakimś czasie od posmarowania pojawiały mi się krople wody(?) na nosie. Ja nie wiem o co chodzi.
Będąc zadowolona z żelu do twarzy Iwostin stwierdziłam, że do kompletu dokupię ten krem. I całe szczęście, że to zrobiłam! Krem ładnie się wchłania, nie zostawia filmu, nie pachnie jakoś szczególnie i dobrze współgra z moim podkładem w kompakcie z MACa. Czego chcieć więcej?
Jest oczywiście jedno małe ale. Gdy moja cera jest w wyjątkowo kiepskim stanie, to niestety krem przyspiesza przetłuszczanie. Ale w sumie nie wiem czy to wina kremu, czy mojej cery. Pewnie trochę jedno, trochę drugie. Ale muszę się z tym pogodzić. :)

Obietnice i skład:


Konsystencja: 



Ogólnie uważam, że krem jest wart wypróbowania. Sprawdzi się na pewno w przypadku cer problematycznych czy przesuszonych preparatami od dermatologów. Tu z obietnicą producenta się zgadzam. :)

Dostępny w aptece, cena ok. 30zł


czwartek, 29 maja 2014

Dziś śmierdzi cały dom!

Zmywacz do paznokci tajemniczej marki MISSY, podobno tropikalny, podobno wybielający.
Ja wiem, ja rozumiem, że zmywacz do paznokci nie pachnie ładnie. Kupując go zdawałam sobie sprawę, że "tropikalnie" to on pachnieć nie będzie. Jednak to, co się stało po otwarciu buteleczki zabiło mnie. Dosłownie. Nie pachnie on zwyczajnym zmywaczem. Zwykły zapach zmywacza znoszę bez gadania. W nim można wyczuć oprócz standardowego zapachu zmywaczowego, nutę octu z czymś jeszcze. KOSZMAR! Dodatkowo buteleczka tego specyfiku jest zła. Zła w dosłownym tego słowa znaczeniu. Ja nie wiem czy nakrętka jest źle dopasowana, czy to sama zawartość jest jakaś dziwna, ale jeśli tylko zdarzy się, że zmywacz pobędzie trochę w pozycji leżącej, zawartość wylewa się. Dokładnie, NAKRĘTKA PRZECIEKA! Dotkliwie się o tym przekonałam podczas podróży samochodem. Miałam zmywacz w torebce (całe szczęście płóciennej) i po jakimś czasie ja oraz moi współpasażerowie zostali zabici smrodem tego ustrojstwa. Trzeba było pootwierać wszystkie okna, żeby draństwo wyparowało.
Tylna etykietka i obietnice producenta:

Żeby nie było, że narzekam na wszystko, dodam jeden pozytyw. Zmywacz ten dobrze radzi sobie z lakierem. Co prawda nie używam lakierów brokatowych, ze zwykłymi, kremowymi radzi sobie dobrze. Jednak co z tego, jak ciężko go używać?
Zostało mi jeszcze trochę tego cudnego specyfiku. Prawdopodobnie wyląduje w śmieciach, a ja wrócę do zielonej Isany.

Zielona Wstążka

piątek, 31 stycznia 2014

Essence Nail Art Peel Off Base Coat

Albo się ją lubi, albo nienawidzi. Biała baza z Essence przypominająca klej do drewna (ona nawet pachnie tak samo!) ułatwiająca mani. Ale czy na pewno?


Jak dla mnie pomysł był genialny. Nie trzeba się mazać zmywaczem, tylko delikatnie ściągamy lakier z paznokci. Ze względu na to, że używam ciemnych lakierów, zmywanie ich nie jest super komfortowe i marzą się i całe palce mam upaćkane. Pomyślałam więc, że to produkt idealnie dla mnie (albo dla osób, które używają brokatowych, glitterowych, holograficznych lakierów, generalnie lakierów z jakimiś drobinkami).
Niestety u mnie się on nie sprawdził. Podstawowy zarzut jaki mam, to zastraszające obniżanie trwałości lakieru. Moje paznokcie i tak średnio współpracują z lakierami, ale ok. 2-3 dni wyglądają dobrze. Jednak NIECAŁY JEDEN dzień to trochę przesada.
Wiem, że pilofa trzeba nałożyć, poczekać aż się zrobi przeźroczysty, potem nałożyć lakier, potem jakiś top i nie moczyć rąk przez ok. 3h. Zastosowałam się do wszystkiego, a i tak się porobiły przetarcia. Wyglądało to tak, jakby lakier nie wysechł do końca. Jakby był plastyczny.
Próbowałam go połączyć z różnymi lakierami. Essence, Wibo, Inglot... no z różnymi. Efekt był taki sam.
Teraz używam go do obmalowywania paznokcia dookoła przed aplikacją lakieru. :) Potem wszystko co wyszło poza paznokieć łatwo usunąć. Do tego się sprawdza doskonale! :)

Wiem, że jest ogrom zwolenniczek tego base coata i zazdroszczę im.
Ale paznokcie trzeba kochać takie jakie są. :)

Zielona Wstążka

czwartek, 30 stycznia 2014

Pierwsze śliwki robaczywki, czyli o kremie do rąk Garnier L-Bifidus



Krem dorwałam w ramach desperacji, na promocji w Rossmannie. Desperacja polegała na tym, że moje ręce krzyczały wniebogłosy z wysuszenia i złej kondycji. Pomyślałam sobie: "Balsamy Garniera są fajne, może i krem się sprawdzi". Nie, nie sprawdził się.
Z dostępnych rodzajów wybrałam ten z masłem shea.
Jakież było moje zdziwienie, gdy otworzyłam specyfik, a on dosłownie się wylał.
Myślałam, że będzie bardziej treściwy... Ale pomyślałam: "Ok, może się będzie super szybko wchłaniał".
Wsmarowała go w dłonie i czekam. Czekam. Czekam. Czekam...
Wchłania się źle, by nie powiedzieć tragicznie. Mam wrażenie, że a) albo nie wchłania się całkowicie, b) pozostawia znienawidzony przeze mnie tłusty film na dłoniach.
Zdarza mi się stosować kremy, które zostawiają film, ale wtedy nakładam grubszą warstwę na noc. Z tym kremem nie da się za bardzo tak zrobić, bo mam wrażenie, że by spłynął.

Generalnie jest słaby. Nie chodzi już tylko o tę konsystencję, ale też o działanie.
No właśnie.
On nie działa.
Może po 15 minutach od aplikacji coś tam się dzieje, nawilża, czy odżywia, ale potem nic. NIC.

Z plusów ma ładny zapach.

Skład i obietnice producenta



Teraz się przyznam, może to ja mam wymagające dłonie. Często chodzę w rękawiczkach lateksowych, albo co gorsza bez (studiuję chemię:)) więc po ciągłym kontakcie z chemikaliami mam dłonie jak tarka do warzyw. :P
Ale mimo wszystko nie polecam. Dobrze, że nie zapłaciłam za niego pełnej ceny. :)

Ufff... przełknęłam te pierwsze śliwki. :)

Zielona Wstążka