Albo się ją lubi, albo nienawidzi. Biała baza z Essence przypominająca klej do drewna (ona nawet pachnie tak samo!) ułatwiająca mani. Ale czy na pewno?
Jak dla mnie pomysł był genialny. Nie trzeba się mazać zmywaczem, tylko delikatnie ściągamy lakier z paznokci. Ze względu na to, że używam ciemnych lakierów, zmywanie ich nie jest super komfortowe i marzą się i całe palce mam upaćkane. Pomyślałam więc, że to produkt idealnie dla mnie (albo dla osób, które używają brokatowych, glitterowych, holograficznych lakierów, generalnie lakierów z jakimiś drobinkami).
Niestety u mnie się on nie sprawdził. Podstawowy zarzut jaki mam, to zastraszające obniżanie trwałości lakieru. Moje paznokcie i tak średnio współpracują z lakierami, ale ok. 2-3 dni wyglądają dobrze. Jednak NIECAŁY JEDEN dzień to trochę przesada.
Wiem, że pilofa trzeba nałożyć, poczekać aż się zrobi przeźroczysty, potem nałożyć lakier, potem jakiś top i nie moczyć rąk przez ok. 3h. Zastosowałam się do wszystkiego, a i tak się porobiły przetarcia. Wyglądało to tak, jakby lakier nie wysechł do końca. Jakby był plastyczny.
Próbowałam go połączyć z różnymi lakierami. Essence, Wibo, Inglot... no z różnymi. Efekt był taki sam.
Teraz używam go do obmalowywania paznokcia dookoła przed aplikacją lakieru. :) Potem wszystko co wyszło poza paznokieć łatwo usunąć. Do tego się sprawdza doskonale! :)
Wiem, że jest ogrom zwolenniczek tego base coata i zazdroszczę im.
Ale paznokcie trzeba kochać takie jakie są. :)
Zielona Wstążka
piątek, 31 stycznia 2014
czwartek, 30 stycznia 2014
Pierwsze śliwki robaczywki, czyli o kremie do rąk Garnier L-Bifidus
Krem dorwałam w ramach desperacji, na promocji w Rossmannie. Desperacja polegała na tym, że moje ręce krzyczały wniebogłosy z wysuszenia i złej kondycji. Pomyślałam sobie: "Balsamy Garniera są fajne, może i krem się sprawdzi". Nie, nie sprawdził się.
Z dostępnych rodzajów wybrałam ten z masłem shea.
Jakież było moje zdziwienie, gdy otworzyłam specyfik, a on dosłownie się wylał.
Myślałam, że będzie bardziej treściwy... Ale pomyślałam: "Ok, może się będzie super szybko wchłaniał".
Wsmarowała go w dłonie i czekam. Czekam. Czekam. Czekam...
Wchłania się źle, by nie powiedzieć tragicznie. Mam wrażenie, że a) albo nie wchłania się całkowicie, b) pozostawia znienawidzony przeze mnie tłusty film na dłoniach.
Zdarza mi się stosować kremy, które zostawiają film, ale wtedy nakładam grubszą warstwę na noc. Z tym kremem nie da się za bardzo tak zrobić, bo mam wrażenie, że by spłynął.
Generalnie jest słaby. Nie chodzi już tylko o tę konsystencję, ale też o działanie.
No właśnie.
On nie działa.
Może po 15 minutach od aplikacji coś tam się dzieje, nawilża, czy odżywia, ale potem nic. NIC.
Z plusów ma ładny zapach.
Skład i obietnice producenta
Teraz się przyznam, może to ja mam wymagające dłonie. Często chodzę w rękawiczkach lateksowych, albo co gorsza bez (studiuję chemię:)) więc po ciągłym kontakcie z chemikaliami mam dłonie jak tarka do warzyw. :P
Ale mimo wszystko nie polecam. Dobrze, że nie zapłaciłam za niego pełnej ceny. :)
Ufff... przełknęłam te pierwsze śliwki. :)
Zielona Wstążka
Subskrybuj:
Posty (Atom)